„Sztuka nie ma sensu, jeśli opisuje świat w sposób nieprawdziwy i zadaje pytania, na które znamy odpowiedź”.

czytaj więcej

Te rzeczy dziś

Wystawę Te rzeczy dziś oglądać można było w galerii Propaganda w terminie od 20 lutego do 2 kwietnia 2016 r. W ramach wystawy prezentowane były prace Pawła Kowalewskiego z połowy lat 80. Kiedy powstawały, artysta miał mniej lat, niż one liczą dzisiaj. Wówczas nikt nie spodziewał się, że przez kolejne trzy dekady wydarzy się tak wiele tak różnych i tak znaczących rzeczy, które na nowo określą polską rzeczywistość, kształt społeczeństwa, ale również życie samego artysty. Prace te z jednej strony stały się wyjątkowym znakiem czasu – były metaforycznym komentarzem do ówczesnej sytuacji politycznej – a z drugiej, ze względu na religijno-historyczną symbolikę, mają charakter uniwersalny. Kwestia aktualności tych prac jest pytaniem, które stawiamy w tytule wystawy. Mamy tu do czynienia z dziełami, których forma, treść, historia powstania i funkcjonowania przez ponad trzydzieści lat czyni z nich przedmioty o wyjątkowym znaczeniu. Nie pytamy tym samym, czy te prace są aktualne, lecz w jaki sposób tę aktualność utrzymały i na czym ona polega. Naszą intencją było pokazanie prac, które zawierają odniesienia do dwóch kwestii: religii i polityki. Prace te były pokazywane niezwykle rzadko i nigdy razem. Z tego względu również zyskały swoje historyczne znaczenie. Kilkakrotnie w latach 80. wycofywano je z wystaw z powodu interwencji cenzury państwowej oraz na drodze interwencji cenzury kościelnej. Zdarzenia te udowadniają przede wszystkim, że nikt wówczas nie mógł przejść obok nich obojętnie, oraz to, że znajduje się w nich głęboko zaklęta wieloznaczność, która spycha widza w otchłań skrajnych interpretacji. Dzisiaj nie można oprzeć się wrażeniu, że tę ukrytą ambiwalencję zachowały, i że oglądając je w aktualnej sytuacji politycznej, w świetle dalej idących przemian społecznych oraz w czasie wielkiej niepewności i wielkich ambicji, trudno nie zacząć wątpić – niezależnie od tego, w co się wierzy, a w co nie wierzy.

Jacek Sosnowski

Te rzeczy dziś to:
  • Adolf Hitler i Józef Goebbels otwierają wystawę sztuki zdegenerowanej, 1986
  • Sześć dowodów na nieistnienie Jezusa Chrystusa, 1983
    • Jedzenie niezjedzone przez córkę Jaira
    • Kamień, który stał się chlebem
    • Kłos niewyjedzony w szabat
    • Pieniądze, które pobrali celnicy, ponad to ile im wyznaczono
    • Prawe ucho sługi najwyższego kapłana
    • Rozwiązany przez Jana rzemyk u sandała
  • Zaufaj Panu i czyń dobrze. Mieszkaj w kraju i bądź wierny, 1984
  • Widziałem nieprawego w wielkiej potędze, rozpierał się jak cedr zielony, 1985
  • Knuje nieprawy przeciw sprawiedliwemu i ostrzy na niego zęby, 1985
  • Wielu jest powołanych, ale niewielu wybranych, 1985
  • Światłość, 1989
  • Wyłupione oko Boga, 1988
  Adolf Hitler i Józef Goebbels otwierają wystawę sztuki zdegenerowanej, 1986 Centralna praca odnosi się do słynnej wystawy pt. Entartete Kunst (Sztuka zdegenerowana) z 1937 roku, w ramach której naziści chcieli zdyskredytować awangardę oraz artystów żydowskiego pochodzenia. Wystawa cieszyła się ogromną popularnością i jest symbolem paradoksalnego charakteru interwencji państwa w sztukę. Z całą pewnością sztuka Pawła Kowalewskiego w latach 80. była traktowana przez władzę jako sztuka zdegenerowana, nie mająca miejsca w oficjalnym obiegu, w którym zresztą artysta nie miał zamiaru uczestniczyć. Jest to komentarz do wszelkich prób wyznaczania kierunku kultury podług odgórnych decyzji orzekających, co dobrze, a co źle wypełnia narzucany paradygmat polityczny niezależnie od tego, do jakiej ideologii się odnosi. Ryzyko tego rodzaju gestów stoi nie tylko po stronie polityków jako egzekutorów władzy, ale również po stronie krytyków, kuratorów, historyków i oczywiście samych artystów. Praca ta jest prześmiewczą przestrogą przed wiarą w to, że nad sztuką można sprawować jakąkolwiek kontrolę.

Jacek Sosnowski

Istotą totalitarnego państwa, a takim była Polska w 1986 roku, jest właśnie totalitarne państwo. Totalitarne to znaczy obecne w każdej sferze życia, zaglądające pod kołdry swoich obywateli i do pracowni artystów, szperające w szufladach pisarzy. W 1986 roku polskie totalitarne państwo nieudolnie zabiegało o względy artystów, chcąc legitymizować swój porządek. Część twórców poddawała się tej manipulacji, część uciekała w świat dający poczucie bezpieczeństwa i schronienie przed opresyjną rzeczywistością. Odniesienie do III Rzeczy i wystawy Entartete Kunst z 1937 roku w moim zamyśle nie było przypadkowe. Dużą część tamtej ekspozycji zajmowało dzikie malarstwo ekspresjonistów niemieckich. Ich stosunek do koloru, traktowanie przez nich światła i formy otaczającej rzeczywistości były dla mnie w owym czasie bardzo ważne. Namalowanie symboli ówczesnego totalitaryzmu, którymi stali się po latach Adolf Hitler i Józef Goebbels, w manierze niemieckiego ekspresjonizmu wydawało mi się najlepszą artystyczną zemstą, jaką można było im zafundować za ich głupotę i prymitywizm. Jak się okazało po latach, taki sam los spotkał i tych, którzy tworzyli oficjalny obieg kulturalny w Polsce w latach 80.

Paweł Kowalewski


"Sztuka osobista nie posiada formy, a treścią jest dokładnie to, co artysta chce przekazać. Jednak jest to odpowiedź bardzo ogólnikowa, choć nie pozbawiona elementów prawdy. Bowiem forma nie jest przypisana do tej sztuki, a jest wynikiem dokonanego przez artystę wyboru treści. Język, którym twórca usiłuje się posługiwać, zatraca swoje znaczenie formalne, staje się integralną częścią treści, a wielość form danych do dyspozycji ułatwia ścisłe przekazanie myśli. W obecnej sytuacji sztuki, forma nie powoduje zbędnego szumu swoją oryginalnością i zmniejsza do minimum możliwość manipulowania estetyką medium. Zmusza również do otwartości na problemy istniejące poza światem sztuki, gdyż zbędne stają się zabiegi czysto formalne, mające na celu zbadanie możliwości nowego medium czy sposobu przekazu. (…) Warto również poświęcić parę słów „złej sztuce”, aby odeprzeć argumenty tych, którzy i w niej usiłują odnajdywać elementy osobistości. Otóż „dzieła” te podporządkowane pewnym kanonom estetyki, są najczęściej realistyczne i zrozumiałe. Jednak prostactwo ich jest nad wyraz niepokojące. Trudno mi bowiem uwierzyć, że całe wnętrza autorów zapełnione były końmi, wojnami, estetycznymi ciapami czy żołdakami miotającymi granaty. Jeżeli jednak tak było, to nie nazywajmy tego żadnymi słowami i pochylmy głowy przed ludźmi, w których istnienie ja uwierzyć nie potrafię. To też powoduje, że sztukę tę odrzucam jako bezwartościowe świadectwo poniżenia człowieka i jeżeli o taką formę osobistości komukolwiek może chodzić, to nie można znaleźć lepszego przykładu na jej istnienie. Jednak prawdziwa osobistość polega na pełnej wolności, wyzwoleniu siebie samego z dybów konwencji i pustej dekoracyjności. Wyciągnięciu wniosków z doświadczeń tych wielu przed nami. Po to, aby świadomie spoglądać przez okno własnego wnętrza. Nie można być egzystencjalnym embrionem, zamkniętym w swoim hermetycznym świecie złudzeń. Oznaczałoby to zaprzepaszczenie wolności, którą sztuka wywalczyła sobie po wielu latach szufladkowania jako ozdobnik życia". (s. 36-38)

Fragment pracy magisterskiej Pawła Kowalewskiego „Sztuka osobista – czyli prywatna”, Wydział Malarstwa ASP w Warszawie, promotor: mgr Wojciech Włodarczyk, 1983


Sześć dowodów na nieistnienie Jezusa Chrystusa, 1983 „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie” – popularna maksyma mogłaby być podtytułem tej pracy. Dowody na nieistnienie Jezusa Chrystusa są komentarzem do tego, w jaki sposób władze totalitarne próbowały dyskredytować swoich przeciwników, a jednocześnie w sposób ironiczny wchodzą w dyskusję teologiczną. Dowody odnoszą się do cudów dokonanych przez Chrystusa i w sposób racjonalny mają demitologizować ich nadprzyrodzony charakter. Dowody te jednak nie tyle wchodzą w dyskusję o boskiej i ludzkiej naturze Jezusa Chrystusa, co w dyskusję o samej zasadności tej dyskusji. Cykl ten jest świetnym przykładem obrony wolności wiary.

Jacek Sosnowski


Fragmenty Pisma Świętego Nowego Testamentu w przekładzie Biblii Tysiąclecia:

Ewangelia wg św. Marka, 1, 4-8 Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając [przy tym] swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym.

Ewangelia wg św. Marka, 2, 23-28 Pewnego razu, gdy Jezus przechodził w szabat wśród zbóż, uczniowie Jego zaczęli po drodze zrywać kłosy. Na to faryzeusze rzekli do Niego: „Patrz, czemu oni robią w szabat to, czego nie wolno?” On im odpowiedział: „Czy nigdy nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy znalazł się w potrzebie, i był głodny on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego za Abiatara najwyższego kapłana, i jadł chleby pokładne, które tylko kapłanom jeść wolno; i dał również swoim towarzyszom”. I dodał: „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest panem szabatu.

Ewangelia wg św. Łukasza, 3, 10-14 Pytały go tłumy: „Cóż więc mamy czynić?” On im odpowiadał: „Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni”. Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: „Nauczycielu, co mamy czynić?” On im odpowiadał: „Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono”. Pytali go też i żołnierze: „A my, co mamy czynić?” On im odpowiadał: „Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie”.

Ewangelia wg św. Mateusza, 4, 1-4 Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”. Lecz On mu odparł: „Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”.

Ewangelia wg św. Mateusza, 9, 18-26 Gdy to mówił do nich, pewien zwierzchnik [synagogi] przyszedł do Niego i, oddając pokłon, prosił: „Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i włóż na nią rękę, a żyć będzie”. Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim. Wtem jakaś kobieta, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza. Bo sobie mówiła: Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Jezus obrócił się, i widząc ją, rzekł: „Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła”. I od tej chwili kobieta była zdrowa. Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: „Usuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi”. A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy.

Ewangelia wg św. Łukasza, 22, 47-53 Gdy On jeszcze mówił, oto zjawił się tłum. A jeden z Dwunastu, imieniem Judasz, szedł na ich czele i zbliżył się do Jezusa, aby Go pocałować. Jezus mu rzekł: „Judaszu, pocałunkiem wydajesz Syna Człowieczego?” Towarzysze Jezusa widząc, na co się zanosi, zapytali: „Panie, czy mamy uderzyć mieczem?” I któryś z nich uderzył sługę najwyższego kapłana i odciął mu prawe ucho. Lecz Jezus odpowiedział: „Przestańcie, dosyć!” I dotknąwszy ucha, uzdrowił go. Do arcykapłanów zaś, dowódcy straży świątynnej i starszych, którzy wyszli przeciw Niemu, Jezus rzekł: „Wyszliście z mieczami i kijami jak na zbójcę? Gdy codziennie bywałem u was w świątyni, nie podnieśliście rąk na Mnie, lecz to jest wasza godzina i panowanie ciemności”.


1983 rok w Polsce to końcowy okres stanu wojennego. Okres ciężki i przygnębiający. Nadzieja praktycznie umarła, coraz mniej liczne demonstracje i protesty nie były w stanie tchnąć w ludzi ducha nowej nadziei. Wszystkie dziedziny życia znowu były kontrolowane przez władze, a świat wracał do totalitarnej, komunistycznej narracji o rzeczywistości. Należało przekonać wszystkich nieprzekonanych, że ci, którzy buntowali się przeciwko władzy komunistycznej, to zdrajcy, kapusie, degeneraci, szpiedzy, zboczeńcy, oszuści, mordercy i złodziej – jednym słowem, ludzie niegodni jakiegokolwiek szacunku. Cała oficjalna prasa oraz dwa kanały propagandowej telewizji i trzy programy radia zaroiły się od „twardych” dowodów obciążających każdego, kto występował przeciwko władzy. I tak oto mogliśmy zobaczyć zdjęcia „judaszowych” dolarów, wziętych rzekomo przez opozycję od przedstawicieli obcych wywiadów, fotografie pistoletów, kastetów oraz aparatury (dobrej jakości radia zagranicznej produkcji), które miały służyć dysydentom do zagranicznych kontaktów. „Dowody” te były tak marne i głupie, wypełnione „odciskami palców” tych, którzy je preparowali, że jedynym moim komentarzem do tej całej absurdalnej sytuacji mogły być tylko absurdalne dowody na nieistnienie Jezusa Chrystusa. Niechlujnie sklejone gablotki, oblepione odciskami palców, prezentują naiwne dowody. A może ktoś to kupi?

Paweł Kowalewski

Seria wielkoformatowych papierów, 1984-1985 Te imponujące skalą prace ilustrują umieszczone na nich cytaty wybrane z Psalmów Dawida. Każda z nich jest medytacją na ich temat oraz autorską interpretacją sposobu powstawania obrazu religijnego. Dla wielu mogą mieć, i z całą pewnością miały, bluźnierczy, czy też obrazoburczy charakter, tak jak chociażby Knuje nieprawy przeciw sprawiedliwemu i ostrzy na niego zęby mogący być przedstawieniem szatana lub też ilustracją przerażenia sprawiedliwego, lub jednym i drugim jednocześnie, pokazując immanentne napięcie kształtujące nas jako ludzi – w końcu antychryst też musi stać się człowiekiem. Samo hasło ma oczywiście wybitnie polityczny charakter, który może być użyty do określenia kogokolwiek, kto uczestniczy w debacie publicznej. Można wyobrazić sobie pytanie funkcjonariusza SB lub cenzury „No Panie Pawle. A niby kto to jest ten nieprawy?”, można wyobrazić sobie również podobne pytanie dziś.

Jacek Sosnowski

W 1979 roku w Paryżu ukazało się tłumaczenie Księgi Psalmów autorstwa Czesława Miłosza. Przez co najmniej dwa lata, na początku lat 80., psalmy te towarzyszyły mi praktycznie na każdym kroku. W pewnym momencie odkryłem, jak ponadczasową wartością jest sztuka. Sławiące Boga poezje napisane ponad dwa tysiące lat temu doskonale wpisywały się w rzeczywistość, która mnie wtedy otaczała. Dla młodego człowieka był to szok. Każda z wielkoformatowych prac odnosi się do konkretnego cytatu z psalmów. I tak oto dylemat młodego człowieka, czy wyjechać czy zostać w kraju, zilustrowałem wizerunkiem czerwonego człowieka na błękitnym tle (Zaufaj Panu i czyń dobrze. Mieszkaj w kraju i bądź wierny). Niesie on flagę Nepalu, stąpając po ziemi w zawiniętych butach, które symbolizują zarazem szacunek dla Ziemi, której nie należy kaleczyć, jak też totalne oderwanie od materialnego porządku, w który chciano mnie wtłoczyć. Nepal w końcu to kraina najbliżej nieba. Następnie pojawiają się kolejni bohaterowi farsy, która była odgrywana na naszych oczach. Władza czuła się coraz bardziej pewna siebie – w końcu był rok 1984, nadchodził rok 1985, a nie wyglądało na to, aby proroctwo Andieja Amalrika[1], wieszczącego koniec ZSRR właśnie w tym okresie, miało się spełnić. Oto minął 4 kwietnia 1984 roku, a zwierzęcy folwark przybierał coraz bardziej realny kształt (może nie bez znaczenia dzień ten jest datą urodzin mojej pierwszej córki). Panoptikum kreatur, które stroiły się w mundury, jakże modne w tamtym świecie, albo w garnitury, niekoniecznie najlepszej jakości, i z niesłychaną arogancją i pychą, ogłaszały swój tryumf. To właśnie ta ich pewność siebie stała się inspiracją do obrazu, na którym postać w pseudomundurze, prawie z diabelską racicą, rzuca cień zielonego cedru (Widziałem nieprawego w wielkiej potędze, rozpierał się jak cedr zielony). Aczkolwiek cień, jak to cień, niekoniecznie jest zielony. Piękna ilustracja tej świetlistej jasności, która była nam wtedy darowana, jest kolejna praca: Knuje nieprawy przeciw sprawiedliwemu i ostrzy na niego zęby. Nie miałem w owym czasie żadnej wątpliwości, po której stronie jest sprawiedliwość, gdzie leży racja, kto jest prawy, a kto nie. Jednakże znałem także stan ciągłego zagrożenia ze strony nieprawego, który cichaczem ostrzył na nas zęby. Był to stan duszy, doświadczenie egzystencjalne. Postanowiłem to zilustrować tym diabelskim wizerunkiem. 1984 to również rok zamordowania Jerzego Popiełuszki, zbrodni, która wstrząsnęła całą Polską i ukazała prawdziwe oblicze władzy. Nie cofnęli się nawet przed brutalnym zamordowaniem człowieka, który nawoływał do pokoju i miłosierdzia. Trudno jest oderwać to wydarzenie od kontekstu tamtych lat, kiedy media epatowały z jakąś dziką satysfakcją, być może ku przestrodze, zdjęciami zwłok księdza ze związanymi rękami i nogami. Wystawy tak zwanego realizmu kościelnego pełne był poprawnie smutnych, estetyzujących obrazków przedstawiających zwłoki kapłana pływające w wodzie. Ja natomiast chciałem namalować przerażenie, strach, a zarazem ohydę tej zbrodni. Pracę opatrzyłem, jak się później okazało, proroczym cytatem z psalmu. Wielu jest powołanych, ale niewielu wybranych – to przerażenie nie tylko wobec zbrodni, ale także wobec boskich planów, które w niektórych przypadkach, z naszego ludzkiego punktu widzenia, bywają okrutne.

Paweł Kowalewski

Światłość, 1989 Ostatnio funkcjonuje termin „ciepła woda w kranie”, który ma oznaczać nasze przywiązanie i chęć obrony pewnego zdobytego już dobrobytu. Praca Światłość pokazuje, jak bardzo potrafimy dobrobyt idealizować. Stłuczony klosz lampy charakterystycznej dla wielu klatek schodowych ujawnia permanentny w komunizmie brak żarówki, zastępujący ją ersatz jest świadectwem ułomności pragnienia, które poczucie tego braku uwiarygadnia.

Jacek Sosnowski

Rzeźba jest komentarzem do naiwnego materializmu, którym przesycona była oficjalna narracja. Niezachwiane przekonanie, rozgłaszane wszem i wobec, że przy pomocy technologii dogonimy boskie dzieła. Po latach doskonale widać, jak żałośnie wygląda ta świątynia materializmu. Sarkastyczny tytuł także rzuca trochę „światła” na całą sprawę.

Paweł Kowalewski

Wyłupione oko Boga, 1988 Jeżeli Boga nie ma – jego oka nie da się wyłupić. Jeżeli Bóg jest – jego oka nie da się wyłupić. A tu jest.

Jacek Sosnowski

No właśnie. I co ty na to, koteczku?

Paweł Kowalewski

 
[1] Andriej Amalrik (1938-1980) – rosyjski pisarz i dysydent. Autor głośnego eseju Czy Związek Radziecki przetrwa do 1984 roku? (1969), w którym przewiduje nieunikniony upadek ZSRR.
   

tło

Moc i piękno

Wystawa Moc i piękno. Bardzo subiektywna historia polskich matek stanowi pewnego rodzaju hołd oddany młodym kobietom, które urodziły się na początku XX wieku, a ich młodość przypadła na czas II wojny światowej i rozkwitu dwóch największych ustrojów totalitarnych. Ekspozycja prezentowana była w kwietniu i maju 2015 roku w Artists’ House w Tel Awiwie. Towarzyszyła jej publikacja opisująca historie 10 kobiet, tzw. polnische mame, polskich matek, potraktowanych jako pewien wzór kulturowy. Dopełnieniem wystawy były działania w social media, prowadzące do poszerzenia pamięci o sile i pięknie bohaterek tych historii.   Na wystawę składało się 10 obrazów, dużych portretów (200x140 cm) pięknych, młodych kobiet wraz z subiektywną opowieścią dzieci o ich życiu i o tym, jak one je pamiętają. Prace wykonane zostały specjalną farbą, której trwałość oblicza się na 1 rok. Po tym czasie wyblakną. Oczywiście można o nie zadbać i chronić jak ikony w świątyniach przed promieniami UV. Ale można również patrzeć na nie i obserwować, jak powoli i systematycznie stają się coraz mniej widocznym znakiem, który finalnie pozostanie tylko w naszej pamięci.   Historia o polnische mame stała się pretekstem, by opowiedzieć także o pokoleniu odchodzącym, które ukształtowało nas – ludzi obecnie stanowiących siłę tego świata. Sylwetki z wystawy w pewien sposób stały się symbolem całego pokolenia – tych wszystkich kobiet, które przed laty dźwigały na swych barkach naznaczone totalitaryzmem młodzieńcze doświadczenia, by móc potem na pozór normalnie funkcjonować. Niezależnie od tego, gdzie potem zamieszkały. Przeżyły swe życia, zniknęły z naszego świata, pozostawiając po sobie pamięć świadka – cenną, taką którą należy pielęgnować. Ponieważ pamięć o człowieku lub czasie nosimy w sobie, we wciąż bijącym sercu. To najmocniejszy znak naszego dziedzictwa – mimo że go nie widać, nie słychać. Ale on wciąż tam jest. Niczym genotyp.    

test

Symulator totalitaryzmu

Symulator totalitaryzmu to projekt „zamknięty” w ogromnej zaciemnionej kabinie, we wnętrzu której widz, po uruchomieniu multimedialnej projekcji, staje twarzą w twarz z mrocznym dziedzictwem XX-wiecznej historii. Instalacja nawiązuje do znanych każdemu symulatorów różnego rodzaju zachowań ludzkich, takich jak: symulator lotów, mrozu czy nieważkości.   Obrazy zagłady, śmierci, wszelkiego zła, jakie codziennie mają miejsce na świecie, docierają do nas tymi samymi kanałami i w ten sam sposób, co każdy inny medialny komunikat. Pytanie – jak na nie reagujemy? Paweł Kowalewski stawia nas bezpośrednio wobec przerażającego systemu. Kilkuminutowym eksperymentem, przez jaki przechodzimy w odosobnieniu w zamkniętej kabinie, artysta chce obudzić świadomość, niezamierzonego wprawdzie, ale jednak współuczestnictwa.   Praca po raz pierwszy prezentowana była w 2012 roku w Galerii Propaganda w Warszawie, w ramach indywidualnej wystawy podejmującej tematykę totalitarnego paradygmatu, który wbrew pozorom wciąż kształtuje współczesne społeczeństwo. Ekspozycja skoncentrowana była wokół interaktywnej instalacji, której towarzyszyły lightboxy z serii NIE WOLNO!.   Symulator totalitaryzmu po raz drugi został uruchomiony rok później jako instalacja w przestrzeni publicznej w Radomiu, przy Placu Konstytucji 3 Maja. Wydarzenie organizowane było wspólnie z Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia”.    

22

NIE WOLNO!

Seria fotograficzna NIE WOLNO! przygotowywana była przez kilka lat. Paweł Kowalewski podróżując po świecie, robił zdjęcia różnych znaków zakazu i nakazu, a potem w oparciu o nie powstawały reprodukcje. Po raz pierwszy zaprezentowane zostały na 2. Mediations Biennale w Poznaniu w 2010 roku. Głównym znakiem samego biennale była jedna z prac z cyklu, fotografia z komunikatem Europeans Only wydrukowana na wielkoformatowym banerze.   Ta sama fotografia, reprodukowana wraz z innymi zakazami i nakazami na serii pocztówek, pojawiła się przy okazji działań performatywnych Pawła Kowalewskiego w trakcie Biennale w Wenecji w 2011 roku. Artysta odwiedzał turystyczne stoiska oraz kioski z suwenirami i dokładał swoje kartki z wielokulturowymi dyrektywami do pamiątkowych widokówek.   Sam projekt jest bardzo intermedialny. Funkcjonował i w formie outdoorowej w 2010 roku, w formie viralowej w Wenecji oraz jako seria lightboxów towarzyszących instalacji Pawła Kowalewskiego Symulator totalitaryzmu w galerii Propaganda w Warszawie w 2012 roku, stanowiąc komentarz do interaktywnej, potężnej maszyny, której symulacja podejmuje problematykę totalitarnego paradygmatu, wbrew pozorom wciąż kształtującego współczesne społeczeństwo.    

img title

Wszystko i natychmiast

Wystawa Wszystko i natychmiast prezentowana była w 1990 roku w Pawilonie SARP w Warszawie. Na ekspozycję składały się obrazy, wycinanki oraz rzeźby Pawła Kowalewskiego, zarówno z pierwszej połowy lat 80., z początków artystycznej kariery, jak i z drugiej połowy tej dekady.


Kiedy „Gruppa” jeszcze się tak nie nazywała, a na wesołe wernisaże w Dziekance szeptana plotka zwoływała pod hasłem „dzicy”, „obejrzeć szybko, bo zdejmą” – słowem w latach 1983-1984, owym nieco rozminiętym z kalendarzem początku dekady – wtedy najbardziej lubiłam Kowalewskiego. Identyfikowałam bez trudu i odróżniałam jego ładne obrazy od reszty. Potwierdzały plotkę formą i treścią – były jak należy „dzikie” i jak należy „niesłuszne”. Przy tym bynajmniej nie koniunkturalne, o co było w tym czasie nietrudno, przeciwnie – ostro bezpośrednie, tak wobec świętości, jak wobec własnych i cudzych kompleksów i tabu. „Paweł Kowalewski to bezsprzeczny geniusz” – pisał sam o sobie pod pseudonimem wyimaginowanej amerykańskiej dziennikarki Sharm Yarn („Oj dobrze już”, nr 3). Z tym typem humoru korespondowała forma: ostre kolory, cięte kształty, ironiczne tytuły na przypiętych do obrazów szarfach („Ja zastrzelony przez Indian”, „Dętologia z odchyleniem”, „Śmierć Świętego Mikołaja” i in.) Jakoś w tym czasie natknęłam się na Kowalewskiego w miejscu, gdzie bym się go nie spodziewała – w multimedialnej (wszakże nie do tego stopnia, żeby i malarskiej) Małej Galerii ZPAF, w której nota bene poza nim nie wystąpił dotąd żaden członek „Gruppy”. W 2. numerze „Oj dobrze już” pacyfistyczny wykresik „Rozważania o zabijaniu” jakby żywcem przeniesiony z „Tanga”. Na innej znów wystawie – rzeźba. Wycinanki. I jeszcze coś zastanawiającego i zgoła nietypowego dla dominujących w tym kręgu i czasie postaw – wola i zdolność do systematyzowania i organizowania żywiołu, jakim była ta unikalna grupka talentów, z których uformowała się „Gruppa”. To Kowalewski doprowadził do skutku ich pierwszy pokaz (14 I 1984), tradycyjnie i konserwatywnie wpisując nową pozycję w schematy życia artystycznego: galeria, wystawa, grupa. Kowalewski uprawia dwie dziedziny: malarstwo i nie-malarstwo. To pierwsze należałoby ująć w cudzysłów, tak dalece jest ono rolą, profesją, swego rodzaju obowiązkiem. To trochę sytuacja aktora, który grać lubi i potrafi, czuje się na scenie „u siebie” i „w porządku”, ale nie gra przecież zawsze i w każdej sytuacji. I mimo to (a może właśnie dlatego) jest aktorem wybitnym. Poczynając od „multimedialnego” dyplomu (1983), złożonego z obrazów, serii rysunków, fotomontaży i obiektów przestrzennych, Kowalewski przeszedł kilka etapów „sprawdzania się” i odchodzenia od malarstwa. Seria wielkich papierów ilustrujących wersety z Psalmów Dawida w tłumaczeniu Czesława Miłosza (1984), wyraz głębokich przeżyć religijno-estetycznych, niespodziewanie dała asumpt również do „sprawdzenia’ rzeczywistości – obrazy zostały poddane cenzurze kościelnej na wystawie „Chaos Człowieka Absolutu”. Nawiasem dodać trzeba, że do końca 1985 roku, pomijając wspólne występy z „Gruppą”, Kowalewski najściślej przestrzegał bojkotu, nie uczestnicząc w żadnych wystawach zbiorowych poza kościelnymi; wspomniane doświadczenie musiało więc być dla niego szczególnym przeżyciem. Na przełom lat 1984/85 przypada okres wycinanek. Motywy jak z obrazów, lecz „bez tła”, w zamyśle poruszone i dowolnie usytuowane względem siebie (jeśli są wieloczęściowe, np. „Samolot atakowany przez dwa półksiężyce”), bądź względem tła „naturalnego”. Jednak zarazem nie traktowane przestrzennie, bo malowane jednostronnie. W sumie można uważać wycinanki za etap zbliżania się do rzeźby. Lub też – pierwszego poważnego sygnału znudzenia czy przesytu emocjonalnym malarstwem tych lat. Dlatego, choć bardziej zabawne niż odkrywcze, warte są przypomnienia. Ponowne zbliżenie do malarstwa nastąpiło w 1985-86 roku, owocując m.in. serią historyczno-politycznych prac o „niemożliwych” dialogach („Ludwik XVI i Robespierre prowadzą rozmowę”, „Mickiewicz i Słowacki”), a także papierów namalowanych podczas jednej z akcji „bycia” Gruppy w Dziekance i nagrodzonych na II Biennale „Droga i Prawda” w 1987 r. („Adolf Hitler i Józef Goebbels otwierają wystawę sztuki zdegenerowanej w Monachium”, „No proszę, jakie piękne bambosze”, „Martwa natura”). Ostatnia praca z tej serii (temat: kwiaty na parapecie) sygnalizuje kolejne przesilenie – tak jest kąśliwie „piękna” i „malarska”. Lata 1987-1989 to apogeum dotychczasowej twórczości Kowalewskiego w dwóch naraz dziedzinach: malarstwa (papiery ustępują na rzecz płócien) i rzeźby w modelinie, zamkniętej w szklance gablotki. W malarstwie Kowalewski drąży „swoje” tematy: nawiązania do historii z wydźwiękiem politycznym („Cykl Litewski”, tryptyk „1935”, „Opowieści lasku katyńskiego”, „Noc wigilijna 1946 w Moskwie”, „Niccolo Machiavelli” i in.), swego rodzaju komentarze religijne („Jacyż samotni, jacyż znużeni – dzień, w którym umarł Bóg”, „Gdzie powiesić Matkę Boską”), ironiczne obrazy „towarzyskie” („Trzy leniwe psy”, „Moi przyjaciele na tle moich przodków”). Pozornie najmniej zajmuje go tematyka egzystencjalna – pozornie, bo wymowa i wartość obrazów „I już”, „Człowiek w grobie”, „Tajemne przejście przez samego siebie”, „Moja dusza wyje i skamle jak zbity pies” – przekracza ściśle tematyczny poziom opisu i interpretacji. Rzeźba, której początki w obecnej „gablotkowej” postaci sięgają roku 1986 („Moja dusza w formie bibelotu”), obecnie zajmuje artystę najbardziej. To, co zrazu było poboczem, odpryskiem malarskiego emploi, zyskuje na obecnej wystawie rangę tematu nieledwie głównego. Bowiem jest to wystawa-próba. Kolejny krok na drodze sprawdzania siebie i rzeczywistości. Nie triumfalno-podsumowujący pokaz, obliczony na akceptację i potwierdzenie, lecz swego rodzaju prowokacja, głównie zresztą skierowana ku sobie – własnym nawykom, zasiedziałości w profesji, niechęcie czy domniemywanej niezdolności do wielkich życiowych wolt i gestów. I przede wszystkim uczciwe porównanie malarstwa w przekroju blisko dziesięcioletnim, malarstwa dość dobrze znanego i dość powszechnie uznanego, z rzeźbą, która nigdy dotąd w tak szerokim zestawie pokazywana nie była. Na „scenie” życia artystycznego Kowalewski jest i zapewne pozostanie malarzem. Ma po temu zdolności potwierdzone patentem i dorobkiem. Jak sam przyznaje, nadmiar tych zdolności, owocujący zbyt obficie, innymi słowy: łatwość i szybkość malowania, były dlań w początkach kariery dzwonkiem alarmowym.. Takie „życiowe” wytłumaczenie faktu, iż zajął się innymi mediami, a od pewnego czasu rzeźbą, oczywiście nie wystarcza. Można zresztą przypuszczać, że lepi mu się w modelinie równie łatwo i szybko, jak maluje. Chodzi więc raczej nie o świadome utrudnienie i spowolnienie procedury. Rzecz tkwi w potrzebach wyobraźni, „nie mieszczącej się” w ramach płótna, ale też nie zadowalającej się formami efemerycznymi (choć i takich Kowalewski próbował – przypomnijmy „Recital” z 1987 roku). Rzeźba wydaje się być wyjściem optymalnym dla intelektualnego perfekcjonisty znudzonego własnym mistrzostwem „w zawodzie”. Czyżby więc wszystko, co oglądamy, było wyrafinowanym wykpieniem się z roli artysty? Czy przy tak przewrotnym podejściu do własnej sztuki może być jeszcze miejsce na najbardziej osobistą wypowiedź, wyraz przekonań, zajęcie postawy? Odpowiadam: tak, widzę taki obszar. I to nie w problematyce obrazów (choć mało co dorówna szczególnej nostalgii „Cyklu Litewskiego”), ani konceptualnych zbitkach przedmiot-nazwa („Złoty Zachód”, „Lenin, jakim go pamiętam z dzieciństwa”, „Jedyne naprawdę genialne połączenie malarstwa i rzeźby”). Otóż sztukę Kowalewskiego, traktowaną całościowo, bez podziału na dyscypliny i okresy, odczytuję jako wskazanie, jak twórczo i jak pięknie można być z siebie niezadowolonym.

Maryla Sitkowska, tekst z katalogu towarzyszącego wystawie

   

1